Jak to się stało, że rzuciłam wszystko i przeprowadziłam się do mroźnej Skandynawii? Dlaczego wyjechałam i jakim cudem przeżyłam bez znajomości, pracy ani mieszkania? Mniej więcej kilka razy w tygodniu spotykam nowych ludzi i nie rzadko muszę opowiadać im swoją historię. Wiadomo, nie zawsze ze szczegółami. Właściwie, to zazwyczaj ta opowieść jest krótka, enigmatyczna i w tym wszystkim nie do końca prawdziwa. Tutaj będzie zdecydowanie nie krótko, prawdziwie i pewnie z masą błędów stylistycznych.

Zaczęłam pisać ten tekst po prostu dla siebie, żeby pamiętać ten dziwny moment w życiu. Jednak po pierwszym akapicie uznałam, że byłaby z tego całkiem niezła opowieść o tym jak spełniać swoje marzenia mimo bycia w kryzysie ćwierćwiecza i w sumie być w tym swoim życiu i marzeniach totalnie skołowanym. W pewnym momencie (czyli gdzieś jakoś po drugiej całej zapisanej stronie) uznałam, że jeśli miałby z tego powstać jeden tekst to byłby zdecydowanie za długi. Jeśli miałabym go skrócić, straciłby masę istotnych szczegółów które wciąż pamiętam, a za kilka tygodni znikną gdzieś i zrobią miejsce dla nowych wspomnień. Także przychodzę z odcinkami, trochę zainspirowana mamoginekologowym „Instaserialem”. Myślę, że bardziej niż serial to będzie telenowela, bo akcja cały czas się rozwija i kurczę kto wie gdzie zawinie za miesiąc?

Zdjęcie okładkowe jest zrobione przez Patrycję Putko, jedną z super dziewczyn z Oslo! https://patrycjaputko.com

Pomysł przeprowadzki gdzieś poza Polskę wisiał nade mną już jakiś czas. Ja taka jestem, nie potrafię usiedzieć w miejscu, stale się przeprowadzam i próbuję odnaleźć siebie tam gdzie mnie jeszcze nie było. Po roku we Francji wróciłam do rodzinnych Kielc wykończona jak nigdy, z masą problemów zdrowotnych, ale z perspektywą spędzenia prawie całego listopada i grudnia w podróży. Nie było więc mowy o szukaniu pracy, przeprowadzkach i organizowaniu sobie życia. Najpierw musiałam przeorganizować siebie, określić i nazwać swoje potrzeby, odnaleźć się w nowej 25 letniej rzeczywistości. Nie było łatwo, październik zaliczam do chyba najgorszych miesięcy. Widziałam moich znajomych mniej lub bardziej realizujących się w pracy, albo chociaż mających na siebie jakiś lepszy albo gorszy pomysł. Ale przede wszystkim widziałam ludzi na Instagramie od których totalnie nie mogłam się odciąć i ten wiszący nade mną mit „young and succesfull” do którego oczywiście w swoim mniemaniu się nie kwalifikowałam. Nie miałam na siebie pomysłu, a każdy który mogłabym realizować nie miał sensu bo przecież i tak wyjeżdżałam na dwa miesiące.

I wyjechałam, na Mauritius i Reunion gdzie naprawdę odpoczęłam i zmierzyłam się największym jetlagiem w mojej osobistej historii podróży. Reasumując co się nawypoczywałam to się namęczyłam w drodze powrotnej. Potem po dwóch wariackich tygodniach wyleciałyśmy z Anią na nasz szalony tour przez pół świata. Myślałam, że to będzie tak zmieniająca moje życia wyprawa, że stojąc gdzieś na skraju dżungli, albo sawanny nagle dowiem się co mam w życiu zrobić, że odpowiedź przyjdzie z powiewem wiatru, albo kolejną falą. No nie, nie przyszła. Za to był to miesiąc przyjmowania na siebie tak silnych bodźców, że przez dwa miesiące po powrocie właściwie o tym doświadczeniu nie byłam w stanie rozmawiać. Spostrzegawczy pewnie zauważyli, że na moim blogu dotychczas nie pojawił się żaden wpis z naszej podróży. No może oprócz tego jak się spakować na backpacking do Afryki. Zamknęłam ten afrykański rozdział 31 grudnia i de facto do końca lutego nie rozmawiałam o tym z nikim. Nie byłam w stanie myśleć o tych wszystkich rzeczach, które nas tam spotkały i które widziałyśmy na czarnym lądzie. Zaczynając od rasizmu przez warunki życia tam panujące, dylematy etycznego postępowania, na złości na cały świat kończąc. Nawet teraz ciężko mi zebrać myśli pisząc o tym. Mam nadzieję, że nie przegadam tego do końca i uda mi się coś zapisać i opublikować.

Do chyba przed ostatniego dnia wyprawy nie byłam więc w stanie myśleć o tym co ja bym chciała w życiu robić i jaka jest moja „życiowa droga”. Gdzieś kąpiąc się na rajskiej plaży Zanzibaru podjęłam decyzję – przeprowadzam się do Oslo. Nie wiedziałam wtedy do końca dlaczego, ale serio przeskakując z jednej fali na drugą powiedziałam to głośno. A wiecie jak się coś mówi głośno to jakby łatwiej się to realizuje. Kilkanaście dni później byłam na sylwestrze gdzie było mnóstwo moich znajomych, głównie takich z którymi wymieniasz kurtuazyjne gadki o tym jak się masz, co w życiu teraz robisz i co planujesz. Ja wreszcie miałam co odpowiedzieć i zamiast „tak naprawdę to siedzę w Kielcach” mogłam wreszcie powiedzieć „przeprowadzam się do Oslo”. Tylko tak naprawdę nie wiedziałam po co, dlaczego i kiedy.

Wiecie jak to jest z projektami bez deadline’u, raczej nie jesteśmy skorzy aby się za nie zabrać. Ja jestem typem który pracuje na 100% i daje z siebie wszystko, chodzi jak katarynka i ma nieskończone pokłady energii, a potem musi wrócić do bazy i naładować się na płasko aby mieć siłę na kolejny etap. Także przez początek stycznia moje plany jakoś nie bardzo się ruszały, ogarnęłam sobie profil na LinkedIn, zaczęłam robić CV i takie tam. Ale wiadomo, miałam wtedy taką myśl: jak dostanę pracę to się przeprowadzę. Czyli jakby termin bliżej nieokreślony. Na początku lutego, albo pod koniec stycznia – to na pewno była sobota wieczór nagrywałam wiadomość na WhatsUp do moich przyjaciół którzy zadawali moje ulubione pytanie „Ania, jak Ci idzie szukanie pracy?” A ja im mówię „czekam na jakiś znak, że ta cała moja przeprowadzka ma sens”. Nie wiem na jaki znak czekałam, może na pierwszego kolibra na kuchennym balkonie z flagą Norwegii w dziobie. Zabrzmi to strasznie, ale serio czułam pod skórą, że coś przyjdzie. Pamiętam, że chodziłam wtedy w salonie dookoła dywanu. W niedzielę o 23 napisała do mnie przyjaciółka „Ania, ja już mamy wyniki. Sprawdź, może też masz.” Bynajmniej nie wyniki wygranej w totolotka, ani testu na świńską grypę. Były to wyniki kwalifikacji na projekt Erasmus + do Norwegii, do małej mieścinki koło Sarpsborga. Zaaplikowałam na ten projekt bez większych nadzieji kilka dni wcześniej pisząc odpowiedzi na formularz gdzieś na boku podczas wyjazdu na narty z moją rodziną. I bum! Gratulacje! – Zostałeś zakwalifikowany do udziału w projekcie „Eco-Friendly Heroes”! Projekt był w Norwegii, za miesiąc. Tak, możecie się domyśleć to był ten znak na który czekałam.

Zaczęłam wtedy już pewnie aplikować na kolejne prace tak zwane „normalne” dla mnie czyli wszelkiego rodzaju pomagierzy od marketingu lub project managementu w norweskich firmach. Wypolerowałam swoje CV, nawet nagrałam w odpowiedzi na niektóre ogłoszenia krótkie filmiki i wysyłałam, wysyłałam, wysyłałam… Chyba nie tak dużo jak powinnam, jednak ta firma do której najbardziej chciałam się dostać odpisała za kilka dni. „Hej, czy masz czas w czwartek bo w sumie to chcielibyśmy z Tobą pogadać”. W czwartek nie miałam czasu, bo tydzień wcześniej kupiłam z siostrą bilety do Londynu. Ale we wtorek tak. Przeszłam do następnego etapu. Do 3:30 w czwartek robiłam odpowiedź na „case studies” o tym do jakich norweskich influenserów opchnąć jogurt grecki, tak żeby ich odbiorcy to były kobiety w wieku 25-45. Byłam dumna jak paw, rozpatrzyłam wszystkie opcje, uzasadniłam, poklepałam się po ramieniu i poszłam spać na 25 minut które zostały przed wyjściem na nocny autobus wiozący mnie na lotnisko. Na drugi dzień dostałam odpowiedź, że no fajnie ale narka. Prawdopodobnie nie spełniałam wymagania z kategorii „dobrze by było, ale wcale nie musisz” w ofercie, mianowicie nie mówiłam po norwesku.

No właśnie, szukanie pracy bez norweskiego w Oslo i to jeszcze w marketingu jest dosyć…dużym wyzwaniem. Norweski rynek zasadniczo różni się od tego co znam z Francji, Belgii czy Polski. Nawet oglądając ogłoszenia o pracę w Szwecji widziałam dużo więcej ogłoszeń tylko z angielskim. Ogólnie mimo, że Skandynawia słynie z powszechnej znajomości języka angielskiego nie przeceniałabym tej plotki. 85% ogłoszeń pracy w Norwegii, Dani czy Szwecji informuje nas, że znajomość miejscowego języka to zdecydowane wymaganie, a jeśli nie miejscowego to chociaż zamiejscowego. I tak do pracy w Kopenhadze możemy aplikować z norweskim, szwedzkim no ewentualnie… fińskim. Szukanie pracy zawsze jakoś przychodziło mi łatwo, właściwie nigdy się nie udenerwowałam, nie wysłałam więcej niż 10 CV i ogólnie było przyjemnie. Tym razem wiedziałam, że nie będzie łatwo.

Tak czy inaczej decyzja o wyjeździe zapadła. Świadomie nie stresowałam się jakoś mocno, nawet walizkę udało mi się spakować w miarę na spokojnie. Chyba pierwszy raz nie latałam jak kot z pęcherzem po całym domu wylewając na domowników wszystkie frustracje nie mogąc znaleźć kurtki, czapki czy klapek. Spakowałam w wielką pomarańczową przeprowadzkową walizkę najpotrzebniejsze 23 kilogramy, na plecach miałam 40 litrowy plecak z rzeczami na kolejne kilka dni, a także zapas płatków jaglanych i wyruszłam na spotkanie z przygodą. Tym razem ta przygoda rozpoczęła się na dworcu PKP w Kielcach kiedy to mój tata osobiście zapakował mnie do pociągu o wdzięcznej nazwie Kolberg.

W pociągu nie było już miejsc siedzących, więc dorwałam ostatnie rozkładane siedzisko koło wejścia i po tym jak zabezpieczyłam plecak przed spadnięciem mi na głowę trochę się zasępiłam. Nie wiedziałam czy to jest dobra decyzja, ale kroki zostały podjęte. Z każdą minutą oddalałam się od domu w kompletnie mi nie znane. Jechałam zupełnie sama, do zupełnie obcego miasta nie znając języka, nie mając tam pracy, mieszkania ani nawet gdzie się zatrzymać na sam początek. A najlepsze jest to, że w sumie nie miałam nawet powodu żeby tak po prostu wyjechać z Polski, zapakować walizkę i przeprowadzić się do Oslo. Wtedy wydawało mi się, że to był totalny kaprys.
Nie wiecie nawet ile razy ktoś mnie pytał dlaczego i po co tam jadę. Na początku coś tam wymyślałam, że fajne miasto, że można więcej zarobić, że mam tam znajomych. Potem zaczęłam mówić, że równie dobrze mogłabym szukać pracy w Warszawie, więc dlaczego nie w Oslo. I tak mi się ubzdurało i tak sobie wymyśliłam i tak robię.

Nie wiem czy była jedna osoba w tym momencie która uważała, że to co robię ma sens. Moi rodzicie przyzwyczaili się do moich szalonych pomysłów, więc po krótkim szoku jakoś to strawili. Przyjaciele ciągle mnie pytali czy ja wiem co ja robię i w sumie totalnie nie rozumieli dlaczego ja to robię. Babcia cały czas pytała czy ja na pewno nie mam w tej Norwegii jakiegoś kawalera, bo przecież inaczej to nie mam powodu żeby się tam przeprowadzać. Wszyscy oczekiwali, że mam jakiś żelazny powód dla którego przeprowadzam się akurat do Oslo i trzymam go w tajemnicy. Nie miałam.

Przed Dworcem PKP w Kielcach z całym madżurem i sławną pomarańczową walizką.

Już na dworcu w Warszawie wiedziałam, że łatwo nie będzie. Było ciężko, bardzo ciężko. Ciężko było mi chodzić i nie taranować przechodniów z wielką walizką i dwoma plecakami. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ta walizka którą z ogromnym trudem wciągałam po schodach do Złotych Tarasów będzie powodem dla którego łzy będą mi lecieć z oczu ciurkiem przez kolejne trzy tygodnie, kiedy po prostu nie będę miała siły jej ciągnąć pod górę, po lodzie, śniegu i…. przydworcowych przejściach podziemnych. W Warszawie wiele osób mi pomagało z wnoszeniem tego pomarańczowego cuda na schody, mniej więcej połowa mężczyzn którzy bohaterską ręką wnosili te 23 kilogramy na kolejne stopnie żartowała, że z taką ciężką walizką to nawet nie da się uciec.

Może nie miałam tej siły bo mało spałam i mało jadłam. Ja jestem osobą która generalnie kocha spać. Jeśli występują u mnie jakieś problemy około senne to raczej te związane z zaspaniem, niż te ze zbyt wczesną pobudką. Jeść też mogę całkiem sporo, jakoś nie przypominam sobie momentu kiedy nie miałabym apetytu. Kiedy przed egzaminami na studiach moje koleżanki nie mogły jeść śniadań ze stresu, ja już byłam po porannej jaglance. Raczej stresowałam się tym, że będę głodna podczas testu. Kiedyś jednak wszystkie te razy kiedy stres uszedł mi na sucho musiały się skumulować i było to najdziwniejsze wydarzenie w moim życiu. Przez kolejne trzy tygodnie budziłam się w nocy średnio co 40 minut nie wiedząc czy na coś zasypiam, czy po prostu moje oczy chcą ujrzeć kawałek sufitu w moim pokoju (albo w każdym innym miejscu w którym akurat spałam). Jedzenie ograniczało się do absolutnego minimum i przez te trzy tygodnie spokojnie schudłam kilka kilogramów. W sumie fajnie było tak po prostu nie musieć jeść. Raczej nie często miewam to uczucie, a nie powiem jest dosyć przyjemne. Szkoda tylko, że jak zaczęłam normalnie jeść to po dwóch tygodniach już nie miałam luzu w spodniach. No dobra ale nie czytacie tego tekstu, żeby poznać sekrety mojej garderoby tylko to jak w końcu trafiłam do tej Norwegii.

Noc z niedzieli na poniedziałek spędziłam u mojej erasmusowej kumpeli w Warszawie. Rano wyszłyśmy razem na przystanek – ona jechała do pracy, ja ze wszystkimi betami na lotnisko. Lot miałam o 9:55 więc wyszłyśmy z domu około 8:00 całe szczęśliwe, cieszące się lutowym słoneczkiem i zupełnie nieświadome czekającego nas zagrożenia (no dobra nie było żadnego zagrożenia, naoglądałam się za dużo Gry o Tron, a na warszawskim Żoliborzu, o ile dobrze mi wiadomo, nie grasują hordy nieumarłych). Jadąc spokojnie tramwajem w kierunku Dworca Centralnego nagle mnie tknęło. Jeśli teraz jest 8:30, a ja mam lot o 9:55 to jak u licha ja zamierzam na niego zdążyć będąc pół Warszawy drogi i jeszcze oddać walizkę? Wpadłam w mini panikę, sprawdziłam wszystkie możliwości dojazdu, przeanalizowałam niczym dobrze zaprogramowany robot wszystkie scenariusze i czując się jak bohater serialu który ma zbawić świat pobrałam aplikację starego, dobrego Ubera. Wyrzuciłam ją poprzedniego wieczoru z telefonu, bo wiecie nie sądziłam, że jeszcze mi się przyda. Teraz tylko została mi do podjęcia strategiczna decyzja o tym które miejsce na spotkanie z kierowcą wybrać. Jeśli kiedykolwiek byliście w okolicach Dworca Centralnego w Warszawie to wiecie, że labirynt dróg naziemnych i podziemnych przyprawia o absolutną konsternację i zdezorientowanie. W momencie kiedy musiałam podjąć kluczową decyzję prawdopodobnie dotyczącą mojego być czy nie być w Skandynawii dziękowałam sobie w duchu, że dwa lata wcześniej chodzenie tymi tunelami było moją codziennością. Wybrałam strategiczny róg ulicy Chałbińskiego i Alej Jerozolimskich i czekałam na Ubera jak na zbawienie. Planowany czas przejazdu to około 20 minut, wszystko szło dosyć gładko, na tylnim siedzeniu wrzuciłam post na Instagrama z informacją gdzie to ja zmierzam i nawet dosyć dowcipne instastory. Wiecie wydawało mi się, że jak jestem w drodze na lotnisko z jeszcze jakimś zapasem czasowym to raczej mój odlot w kierunku zachodzącego słońca jest pewny. Jak to mówi klasyk – nic bardziej mylnego. Wysiadłam z samochodu dokładnie 9:07. Myślę sobie – świetny czas! Przecież na boarding pass jest napisane, że można oddawać bagaż do 30 minut przed odlotem.

Wpadam na lotnisko już ledwo dysząc jest 9:08, na tablicy widzę „Kopenhaga, closed”, biegnę ile sił w nogach do informacji gdzie Pani mówi, że to tutaj za rogiem jest punkt oddawania bagaży SAS. Przybiegam i… nikogo nie ma. Żywej duszy. Pytam panie obok co się dzieje, przecież jest 45 minut do odlotu. One mówią, że pracownicy już poszli do gate’a. Więc ja znowu 50 metrowy sprint do informacji, czy coś da się zrobić bo ja mam na karcie napisane, że 30 minut, a jest 45 i już zamknięte. Pani na to, że w Warszawie jest 45 minut. To ja przecież byłam 47 minut przed odlotem przy tych stacjach oddawania bagażu i już było zamknięte. Pani zaczyna tłumaczyć, że jak pójdę na dół koło parkingu to… Ja pełna nadzieji myślałam, że tam jest jakiś dodatkowy punkt oddawania bagażu dla przypadków beznadziejnych. „To tam są szafki w których może Pani zostawić bagaż”, zmiażdżyła moje ostatnie nadzieje Pani z informacji. Pobiegłam tam, w sumie nie wiedziałam co sobie wyobrażałam bo jak to mam zostawić walizkę i potem co z nią zrobić? Totalnie nie byłam spakowana na zostawienie czegokolwiek. Jeszcze jakby ta walizka się zagubiła na przesiadce to jako tako, ale ZOSTAWIĆ? No way! Ale i tak szukałam odpowiedniej szafki, wpakowałam tam walizkę na fali procesów chemicznych w moim mózgu i… okazało się, że można ją opłacić na maksymalnie 72 godziny, środkiem płatniczym są polskie monety o łącznej wartości 14 złotych i dostajecie do tej szafki kluczyk. Te 72 godziny już jakoś przeżyję, poproszę kogoś, żeby ją odebrał i mi wysłał. Jednak oczekiwanie od kogoś kto właśnie opuszcza kraj, że ma w portfelu 14 złotych w drobnych jest conajmniej niedorzeczne. Nie wspomnę już, że jakim cudem ktoś miałby mi ją wysłać jeśli do szafki jest tylko jeden kluczyk i musiałabym go wziąć ze sobą? Opcja umarła tak szybko jak się pojawiła (czyli jak przeciętny bohater w pierwszych sezonach GOT), weszłam z powrotem na lotnisko (przypominam, że te felerne szafki znajdują się na poziomie przylotów (niższym) na wyspie między jezdniami oddzielającymi budynek lotniska od parkingu wielopoziomowego) i siadłam w rozpaczy. Zadzwoniłam do mamy, która była totalnie przerażona, jedną ręką wyjęłam komputer, połączyłam się z internetem i zaczęłam szukać jakiejkolwiek alternatywy. W sumie zaczęłam jej szukać już na schodach ruchomych w drodze do tych cholernych szafek, ale wszystko działo się tak szybko, że jakoś nie siadło to w tamtym momencie opowieści. 4 minuty zajęło mi przeanalizowanie wszystkich możliwych scenariuszy dotarcia do Goteborga, albo chociaż Kopenhagi z Warszawy, albo jakiegokolwiek miejsca które miałoby sens. Napisałam mojemu przyjacielowi w Kopenhadze, że jednak nie spotkamy się podczas mojej długiej, specjalnie na te okoliczność zaplanowanej przesiadki i wtem odezwał się mój telefon.

Zwykle nie odbieram od tajemniczych numerów zaczynających się na 22, bo zwyczajnie nie chce mi się po raz 7 mówić, że nie potrzebuję pożyczki gotówkowej. „Pani Anno, czy leci Pani z nami dzisiaj do Kopenhagi?” odzywa się miły głos w słuchawce. „Bo jeśli jest Pani na lotnisku to możemy na Panią poczekać, mamy kilka minut do zamknięcia bramki”, nadzieja jednak opadła tak szybko jak się pojawiła. Wszystko przez to, że ja po prostu nie przejdę przez kontrolę bezpieczeństwa z taką wielką walizką i ze wszystkim co w niej mam. Jeszcze może wrzuciliby mi to do luku, ale wcześniej musiałabym wywalić z niej 1/4 zawartości i trwało by to wieki. Na pewno wystarczająco długie wieki, żeby miła Pani z SASa straciła swoją anielską cierpliwość. Za to poradziła mi zadzwonić na infolinię SASa i dogadać się w związku ze zmianą rezerwacji. Long story short, ze zmiany nic nie wyszło bo okazało się, że cały proceder kosztowałby mnie jakieś dodatkowe 1000 złotych. Pozwolono mi jednak zrezygnować z biletu i tym sposobem odzyskałam chociaż 1/4 jego wartości. Wtedy kiedy już na pewno wiedziałam, że nie polecę bo mój samolot właśnie wzbijał się w warszawskie niebo zrobiło mi się naprawdę źle.

Siedziałam sama z wielką walizką, sporym plecakiem i jeszcze małym Kankenem na kolanach totalnie nie wiedząc co mam ze sobą zrobić. Znaczy zaczęło do mnie docierać, że ja naprawdę przegapiłam lot pierwszy raz w swoim życiu i jest to tylko i wyłącznie moja wina. Ładny początek mojej skandynawskiej przygody! Jeśli tak to się zaczyna, to chyba nie jest to dobra wróżba na przyszłość. Byłam krótko mówiąc roztrzęsiona. Jestem ostatnią osobą którą podejrzewałabym o coś takiego jak przegapienie tak ważnego lotu. Z resztą jak opowiadam teraz o tym moim znajomym, to nie są do końca w stanie uwierzyć jak to się stało. Siedząc na tej lotniskowej ławce zaczęłam myśleć właśnie o tyn. Jak w ogóle znalazłam się tutaj gdzie jestem, zamiast pić kawę w samolocie do Danii? Jeśli miałabym to wytłumaczyć jednym zdaniem to: od tego stresu miałam jakieś zwarcie w mózgu. Poprzedniego wieczora kiedy sprawdzałam dojazd na lotnisko pomyślałam, że dobrze będzie tam być około 8:20. Jednak pomyliłam się w opcjach wyszukiwania i zamiast ustalić to jako godzinę przyjazdu na miejsce, ustawiłam to jako godzinę wyjścia z domu. Szczęście w nieszczęściu, albo w sumie nie wiem bo niewiele to zmienia to to, że i tak wyszłyśmy z domu wtedy kiedy moja kumpela wychodziła do pracy (czytaj: wcześniej niż pokazywała mi aplikacja). Myślałam nad wzięciem Ubera prosto z domu, ale chciałam przyoszczędzić ;D Tak bardzo przyoszczędziłam te 35 złotych, że kosztowało mnie to ostatecznie 300 złotych i spektakularny fail roku zaliczony już w lutym.

Gdzie zjadłam swój ostatni, warszawski obiad? Jak w końcu dotarłam do Goteborga? Czy projekt w Sarpsborgu rzeczywiście był dobrym zwiastunem norweskiej przygody? I czy swoją pierwszą noc spędziłam w Oslo pod mostem? Tego dowiecie się w kolejnym odcinku .

Ten odcinek był pisany przy moim nowym biurku w mini pokoju na Kalbakken oraz przy stole piknikowym przy akompaniamencie stada drących się mew w Vigelands Park.

Dziękuję Wam bardzo za lekturę pierwszego odcinka! To jest mój totalny „literacki” debiut więc mam lekki stres, chociaż jest to absolutnie nieporównywalne z tym opisanym wcześniej 😀 Czekam na informację zwrotną, czy taka forma opowieści o moich początkach w Oslo Wam się podoba 😉 A tymczasem, do kolejnego odcinka!

Zajrzyj na